poniedziałek, 25 sierpnia 2014




Piotr Nawrot.

Navigare necesse est,
Tajemnica starego hangaru.


 W latach sześćdziesiątych pociąg osobowy z Warszawy do Gdyni jechał całą noc. Parowa lokomotywa posapując i buchając kłębami pary ciągnęła rozklekotane wagony, zatrzymując się na kolejnych stacjach i jak mi się wtedy wydawało po wszystkimi możliwymi semaforami. 
           Z całym zastępem harcerzy siedziałem w ciemnym przedziale próbując zasnąć.  Pod zamkniętymi powiekami świat realny powoli mieszał się z marzeniami. Jak każdy chłopak w tym wieku czytałem książki, oglądałem filmy o podróżach i „zwiedzałem” świat wodząc palcem po mapie. W wakacje dźwigałem ciężki placka po błotnistych bezdrożach Bieszczad, wspinałem się stromymi ścieżkami w Tatrach. Żeglowałem po mazurskich jeziorach i tak jak inni moi rówieśnicy marzyłem wieczorem przy ognisku o dalekich egzotycznych podróżach.   Snuliśmy wtedy z kolegami plany dalekich wypraw gdzieś na koniec świata. Chcieliśmy zobaczyć miejsca, gdzie gorące słonce zamienia wszystko w pustynie, ocean ma kolor szmaragdu a wysokie ośnieżone góry sięgają nieba. Rozpalały naszą wyobraźnie powieści o przygodach w tropikalnych lasach pełnych dzikich zwierząt. Równy stukot kół i kołysanie wagonu sprawiło, że sen bez trudu zmienił stary kajak w pirogę, przybrzeżne szuwary w amazońska dżunglę, w której widać już było indiańskie szałasy. Jeszcze tylko kilka pociągnięć wiosłem i …..ktoś szarpnął mnie za ramię. Wstawaj, Gdynia usłyszałem znajomy głos.
Przyjechaliśmy zmęczeni, ale podekscytowani czekająca nas przygoda.  Zameldowaliśmy się jak przystało na harcerzy w wyznaczonym dniu i godzinie w Centrum Wyszkolenia Morskiego ZHP mieszczącego się wówczas przy ulicy Śląskiej 71.
            Niestety, okazało się, że jacht, na którym mieliśmy pływać i odbyć szkolenie, był jeszcze na morzu.
A czy wiadomo gdzie jest? Zapytał naiwnie jeden z przybyłych zemną druhów. Prawdopodobnie gdzieś miedzy Jastarnią a Gdynią, pod pełnymi żaglami kołysze się na martwej fali. Odpowiedziała dyżurna druhna z sekretariatu, która rutynowo nasłuchiwała komunikatów meteo.   W tamtych czasach tak na prawdę to nikt nie wiedział, gdzie znajdują się jachty, które wypłynęły z portów. Nie było na nich radiostacji, radarów, GPS-ów, ale za to podstawowe przyrządy nawigacyjne były zawsze w komplecie. Nawigacyjne wyposażenie „Czerwoniaków” stanowił duży kompas z namiernikiem ukryty pod mosiężnym naktuzem, poniemiecka lornetka z napisem Krigsmarine, stara mapa z ręcznie naniesionymi poprawkami, trójkąt nawigacyjny, cyrkiel i stoper niezbędny do pomiaru prędkości. Do tego jeszcze ołowiana sonda bardzo potrzebna przy schodzeniu z mielizny. Żeglowanie na „czerwoniakach” to była prawdziwa szkoła nawigacji. Młodzi żeglarze z zapałem uczyli się jej podstaw, robiąc namiary, mierząc prędkość, głębokości, wykreślając kurs i pozycje jachtu na napie.  Wtedy nawigacja jachtem wymagała prawdziwych umiejętności i sporo szczęścia, by w złej pogodzie trafić w główki portu i szczęśliwie wrócić do domu.
             Po południu upał już troszkę zelżał i pojawiły się niewielkie cumulusy na niebie. Poradzono nam byśmy spokojnie poczekali do jutra, bo prognoza pogody jest dobra. Jeśli nic się nie wydarzy, to jutro, a najdalej pojutrze jacht przypłynie, zapewniała nas już troszkę zaprzyjaźniona z nami druhna z sekretariatu.  Były to czasy, kiedy tylko nieliczne jachty miały silniki. Wielu kapitanów uważało wówczas, że silnik na jachcie żaglowym to prawdziwa ekstrawagancja, a używanie go nie godne jest prawdziwego żeglarza. Wpływano i wypływano, więc z portów i basenów jachtowych pod żaglami. Cierpliwość to jedna z cech dobrego żeglarza, trzeba umieć czekać na wiatr - pouczali swoje załogi starzy kapitanowie. Z pokorą przyszłych wilków morskich postanowiliśmy i my czekać cierpliwie na przypłynięcie jachtu.
              Przed zamknięciem biura powiedziano nam, że dopóki jacht nie przypłynie to możemy zamieszkać w baraku po drugiej stronie ulicy. Klucze do kłódki są w elektrycznej skrzynce na słupie. Takiej szarej z trupią czaszką i błyskawicą.
 Niema tam prądu, więc można ją śmiało otwierać. Mówiąc to druhna, patrzyła nam kolejno w oczy próbując odgadnąć, który z nas jest najbardziej odpowiedzialny. I nie zgubcie kluczy, bo inni również będą ich potrzebować,  dodała z uśmiechem.  Nikt z nas nie przejął się tą nieoczekiwaną zmianą planów, potraktowaliśmy ją jak jeszcze jedna wakacyjną przygodę.
            W środku sezonu żeglarskiego hangary, w których zimą trzymane się łodzie są puste. Pozostaje w nich tylko zapasowe wyposażenie, liny, żagle, wiosła, narzędzia i nikomu już niepotrzebne żeglarskie starocie. Bez trudu wśród tych rupieci pozbieraliśmy porzucone kapoki, materace i stare żagle. Urządziliśmy sobie z tego wygodne legowisko. Stara, obita mosiężną blachą skrzynia pełniła rolę stołu. Gdy zrobiło się już ciemno i ustał ruch na ulicach zapaliliśmy znalezionego w szafie „nietoperza”, starą okrętową lampę naftową. Złote migotliwe światło rozjaśniało pustą przestrzeń hangaru. W powietrzu unosił się kurz i charakterystyczny morski zapach. Jest to mieszanina zapachów jachtu, farb, kambuza, soli i morskiego wiatru. Woń, którą pamięta każdy, kto choć trochę pływał pod żaglami. Na kolację podzieliliśmy się kanapkami przywiezionymi z domów. Masło już dawno się rozpuściło, nasączając żółtym płynem pajdy chleba. Ser rozgrzany upałem zmienił swą konsystencję i skleił kromki tak, że tworzyły razem jednolitą bryłę. Na kawałku sklejki, znalezionej w kącie i przetartej ręką z kurzu, podzieliliśmy naszą kolacje sprawiedliwie. Każdy otrzymał jednakowy kawałek. Do picia starczyć nam musiały dwie butelki oranżady, które przechodząc z rak do rak trafiały do naszych spragnionych ust. Zmęczeni podróżą i upałem szykowaliśmy się do snu.
            Nagle ciszę letniego wieczoru przerwał trzask gwałtownie otwieranych drzwi. Wszyscy zamarliśmy w bezruchu i szeroko otwartymi oczami wpatrywaliśmy się w tajemniczą postać, jaka ukazała się w szeroko otwartych  drzwiach. Padające z zewnątrz blade światło ulicznej latarni sprawiało, że nie widzieliśmy twarzy, a tylko ciemną, barczystą sylwetkę mężczyzny. Na lekko ugiętych kolanach, z pochyloną głową był gotów do stoczenia walki lub odparcia niespodziewanego ciosu. W dłoni trzymał duży kawał złamanego wiosła. Znalazł je za pewnie tuż za barakiem, gdzie leżała spora sterta połamanego sprzętu. Czarno ubrany osobnik przypatrywał się nam uważnie.
 – My tu tylko na jedną noc... mamy pozwolenie... Jutro odpływamy, jak tylko przypłynie nasz jacht, któryś z chłopaków przerwał ciszę i łamiącym się ze strachu głosem starał się wytłumaczyć naszą tu obecność. Mężczyzna jeszcze przez chwilę w milczeniu przyglądał się nam uważnie. Po czym zapytał.
 –, Na czym to odpływacie?
 – Na czerwoniakach – odpowiedziałem przełykając kawałek chleba z serem.
 – To daleko nie zapłyniecie – zaśmiał się, prostując przy tym swoja postać nieznany mężczyzna.
 Dopiero teraz promienie lampy wyraźniej zaczęły oświetlać jego twarz.
 – Te stare szalupy to nawet przy huraganowym wietrze nigdzie nie zapłyną. Jak, tak dalej będzie z wiatrem na zatoce, to przez tydzień będziecie tu na nie czekać.
 – A skąd pan wie, pływał pan na nich.? –  Zapytał ktoś odważnie.
 – Pływałem, i nie tylko na nich, ale i na wielu innych – odparł mężczyzna. W jego głosie, ruchach i postawie dało się już wyczuć odprężenie. Odrzucił pod ścianę kawałek złamanego wiosła i otrzepał ręce.
 –, Bo my to pierwszy raz po zatoce mamy pływać. My jesteśmy harcerze przyjechaliśmy tu na szkolenie, to znaczy my już mamy doświadczenie żeglarskie, ale nie morskie – dopowiadał któryś z kolegów.
 – To dobrze – odparł mężczyzna. Bo te jachty są trudne do żeglowania, ale za to dobra na nich szkoła, można się wiele nauczyć – mówiąc to, powoli zbliżając się do nas. Widzieliśmy jego okrągłą twarz z wysokim czołem i lekko siwiejącymi włosami zaczesanymi do tyłu.
 – A pan tu przyszedł sprawdzić czy wszystko w porządku?
– Niech się pan nie martwi, my wszystko posprzątamy. I papierosów też nie palimy – dodał kolega.
 – Tak, przyszedłem sprawdzić, czy jacyś złodzieje tu nie szabrują i nie kradną czegoś z mojego jachtu. Buduję go już kilka lat, ale niedługo,...a może nawet przed wami... odpłynę – ponownie zażartował. W głosie jego dało się słyszeć akcent tak charakterystyczny dla ludzi urodzonych lub przebywających długo na wschodzie.
 – A gdzie pan na nim odpłynie? Na Hel, do Ustki, a może do Kołobrzegu? –  Próbował być uszczypliwy kolega, który zdobył się na odwagę.
 – Na tym małym, który stoi tam w kącie? – Wskazałem ręką na ledwo widoczną w półmroku sylwetkę drewnianego jachtu.
Mężczyzna zbliżył się jeszcze bardziej do nas i nachylił nad lampom tak, byśmy widzieli wyraźnie jego twarz.
 – Tak, na nim i wyciągnął rękę w kierunku mrocznej przestrzeni baraku.
 – Do okoła świata popłynę – powiedział, cedząc słowa i patrząc mi prosto w twarz.  Widziałem jak jego oczy zapłonęły dziwnym blaskiem.
– Szykuję go do podróży dookoła świata. Przerobiłem trochę jego oryginalną konstrukcję tak, by był wygodniejszy, pakowniejsza i by był samosterowny dodałem bezana. Bo w rejs wybieram się sam. Przepłynę wszystkie oceany. Odwiedzę wyspy Pacyfiku, nurkować będę na Karaibach. Zacumuję w najbardziej egzotycznych portach świata. Będę na Hawajach, Bora-Bora, Fidżi i w Singapurze. Nie boję się sztormów i samotności. Chcę i dokonam tego. Bo zawsze o tym marzyłem. Powiedział to z taką stanowczością w głosie, że nie mieliśmy już, co do tego najmniejszych wątpliwości.
–, Bo, navigare necesse est, powiedział pełnym głosem i w teatralnym geście uniósł palec do góry, ale vivere  …… i tu zawiesił głos jak by szukał w pamięci słów lub zastanawiał się  czy ma  dokończyć zdanie.
 Nikt niemiał odwagi przerwać ciszy, jaka zapanowała w pustym hangarze. W migotliwym świetle lampy błyszczały nam wszystkim oczy. Przed nami stał pięćdziesięcioletni człowiek o siwiejących skroniach, który tak jak my marzy o podróży do okoła świata, którego jacht gotowy do drogi stoi na wyciągnięcie ręki. Czuliśmy, że mimo różnicy wieku i doświadczenia jest jednym z nas.
 – Popłynę, na pewno popłynę powtórzył głośno jeszcze raz i zamyślił się. Jego wzrok nad naszymi głowami utkwił gdzieś w ciemnych przestrzeniach hangaru. Może szukał w pamięci zdarzeń z Gimnazjum Humanistycznego, kiedy to pierwszy raz czytał książkę Josua Slocum'a o jego samotnym rejsie do okoła świata, dzienniki Alaina Gerbaulta i wspomnienia z wyprawy Władysława Wagnera. Może płynął kajakiem z zastępem „Niedźwiedzi”, wiązał węzły na kursach żeglarskich w Jastarni, łowił ryby w szerokim Donie, leciał bombowcem nad płonącym Berlinem. A może nie szukał w pamięci żadnych zdarzeń z przed lat, tylko myślał o ostatniej rozmowie z lekarzem.
  Po chwili milczenia przyciszonym głosem tak jak by sam do siebie wyszeptał , muszę zdążyć.  
Jeszcze przez chwilę wpatrywał się w lampę, której światło powoli gasło za szkłem pokrywanym czarną sadzą ze źle przyciętego knota. Czerń pustego hangaru, co raz bardziej mieszała się z ciszą zasypiającego miasta. 
– No, dobra. A teraz idźcie chłopaki spać i niech się wam przyśnią podróże.
Uniósł się znad stołu-skrzyni i już z uśmiechem powiedział. Dobranoc.  
Jego postać wydała się nam teraz większa, a twarz bardziej promieniała.
Gdy wychodząc na ulicę zamknął za sobą dziwi któryś z chłopaków zapytał.
–, Co on powiedział, navigare necesse czy coś takiego, co to znaczy?
– Powiedział navigare necesse est, co po łacinie znaczy żeglowanie jest koniecznością, powiedział również vivere, co znaczy życie….. ale tu nie dokończył zdania. Może zapomniał albo nie chciał nam powiedzieć wszystkiego – spokojnie wyjaśniał okularnik z naszego zastępu, który miał w szkole łacinę.
Gdy rano pierwsze smugi słońca oświetliły wnętrze baraku, podszedłem do niewielkiego, pomalowanego na biało jachtu i przeczytałem napis na wąskiej rufie: OPTY Gdynia.
  



       Trzy lat po tym zdarzeniu  na nabrzeżu basenu jachtowego w Gdyni ponownie spotkałem Leonida Teligę. Był już wtedy sławnym żeglarzem, który na zbudowanym przez siebie jachcie OPTY, jako pierwszy Polak samotnie opłynął świat dookoła. Dla mnie był jednak tym samym człowiekiem, który przy blasku naftowej lampy snuł plany podróży dookoła świata. Podziwiałem go za to, że miał w tamtych czasach tyle wyobraźni, odwagi i uporu, by realizować swoje marzenia. Dzięki takim ludziom, jak Teliga następnemu pokoleniu polskich żeglarzy było już łatwiej żeglować po morzach i oceanach.
    

Autograf Teligi w mojej książce żeglarskiej z dnia 17 sierpnia  1969 roku.
Wpisał mi  go na kei w Gdyni gdy  pomagałem mu wyciągać „Opty” z wody.
 Ostatni raz widziałem się z Leonidem Teligą w warszawskim szpitalu przy ulicy Szaserów.  Był już wtedy bardzo chory, śmiertelnie chory na nowotwór . Odwiedziliśmy go grupą harcerzy ubranych w żeglarskie mundury.   Na początku rozmawiał z nami, próbował nawet  żartować, ale po pewnym czasie widać było, że brakuje mu sił. Sił, których kiedyś starczyło mu by wybudować jacht, pokonać oceany, walczyć ze sztormami, samym sobą i urzędnikami. Podczas spotkania  towarzyszył nam lekarz, który bardzo uważnie przyglądając się nam wszystkim. Młodym pełnym życia, pomysłów chłopakom w białych żeglarskich mundurach, przed którymi jeszcze cała przygoda życia  i doświadczonemu żeglarzowi, który powoli, ale nie ubłaganie odchodził na wieczną wachtę. Gdy po skończonej wizycie  przygnębieni wychodziliśmy z pokoju usłyszałem wypowiedziane szeptem przez lekarza słowa Navigare necesse est, vivere non est necesse*.
Piotr Nawrot ©
   * Navigare necesse est, vivere non est necesse./ łać/ żeglowanie jest koniecznością, życie nie jest koniecznością.

Na podstawie Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r., publikator: Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631  nie udzielam zgody na wykorzystywanie moich materiałów do jakichkolwiek celów bez mojej zgody."
© Copyright . Wszystkie prawa zastrzeżone.
    Piotr Nawrot  e-mail adres nawrot@marine.rutgers.edu
 © All rights reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
  Wszystkie fotografie i rysunki pochodzą z Internetu  i nie są własnością autora tekstu .

 
Foto Imternet
Leonid Teliga urodził się 28 maja 1917 w Rosji. Gdynię wraz z jachtem opuścił na pokładzie statku m/s SŁUPSK 8 grudnia 1966r. Samotny rejs dookoła świata rozpoczął 25 stycznia 1967. Teliga opłynął ziemię w ciągu 2 lat, 13 dni, 21 godzin i 13 minut. Zamknął pętle swego rejsu w drodze z Dakaru do Las Palmas w dniu 5 kwietnia 1969. Jeszcze przez kilka tygodni trwała jego samotna żegluga na jachcie OPTY, nim dopłynął do portu w Casablance, z którego rozpoczął okołoziemską podróż. Samotnego polskiego żeglarza nie pokonała biurokracja w kraju i na świecie, sztormy i samotność na oceanie. Przegrał jednak walkę z nieuleczalną chorobą. Zmarł 21 maja 1970 r



Trasa samotnego rejsu dookoła świata.




http://piotrnawrot.blogspot.com/